KOWALÓWKA

Mniej więcej miesiąc temu jak co roku zebrała się familiada.  Zdarzają się w życiu rzeczy których przecenić nie można. Jedną z nich jest dla mnie ten coroczny dzień dziecka pielęgnujący nasze rodowe drzewo, którego korzenie zapletli niegdyś Babcia i Dziadzio. Kiedyś na wigiliach brakowało nam krzeseł, teraz coraz częściej brakuje nam dni. Nie myślałem wtedy jako dzieciak, że dziś tak bardzo będę miał się czym chwalić. A mam. Kiedy czasem się zdarzy, że ktoś z mądrym spojrzeniem obwieszcza przy mnie, iż z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu, zawsze w głowie pojawia mi się uśmiechnięta duma. Bo to powiedzenie  zwykle przegrywa w pojedynku z naszą wajdowską familiadą. Kruszy swoją kopię rozbijając się o tarcze każdego kolejnego spotkania. Choć nie powiem -na zdjęciach też wychodzi nam się dobrze. Będąc wciąż gdzieś w oddali wśród mniej lub bardziej bliskich znajomych, w meandrach neuronów pojawiają się twarze, których obrazy wciąż na nowo przenoszą mnie pod zamkowe mury.  Twarze, w których otoczeniu rozpocząłem niegdyś swój żywot i do których obecności coraz bardziej mnie coś ciągnie. Uwielbiam w całości pochłaniać te wspólne chwile nie tracąc czasu na raporty z wydarzeń minionych miesięcy. Jakoś tak u nas jest, że im więcej burz nad nami przejdzie i ziemi się zatrzęsie, im więcej urwisk z tego powstaje, tym więcej potem dokładamy cementu aby lepiej spoić to nasze rodowe podwórko. Ktoś nas dobrze nauczył familijnego fachu. I tego się trzymajmy. Najdłużej jak się da.