MARITA

Marita przecięła pierwszą falę. Szum wody, której bałwanki rozstępowały się przed nami niczym morze Czerwone, uświadomił mi jak dawno nie miałem okazji posłuchać dźwięków solińskiej głębiny. Powiało, podmuchało i nasza nowa lokatorka bieszczadzkiego morza popędziła przed siebie machając szmacianymi skrzydłami. Jej dzika porywczość w zetknięciu z wiatrem przypominała nieco Roquefora, kiedy spuszczony ze smyczy z jęzorem na wierzchu w pełnym pędzie upija się psią wolnością. Marita jednak jak przystało na dobrze ułożoną łąjbę, nie zapominała kto jest panem na jej pokładzie i z werwą acz pokorą zmieniała swój azymut, kiedy co jakiś czas zdarzyło się usłyszeć głos kapitana Mańka niedbale rzucającego przez ramię: „zwrot”. Neptuna chyba cieszyły te nasze żeglarskie figle. Odkąd opuściliśmy brzeg, czuło się jego łaskawość w każdym kawałku pierwszego dnia żeglugi. W podzięce co rusz polewaliśmy mu za burtę nieco wyskokowych toastów. Chyba jednak za mało (lub za dużo), gdyż dnia drugiego raczej średnio był gościnny. Od rana na nas burczał kiedy po nocnych szantach na terenie prywatnym, wybudziliśmy się z objęć Morfeusza. Poczciwy Neptun chyba już nie ma ochoty na gości. Marita pokazała mu jednak charakter. Brnąc pod prąd bieszczadzkich fal, momentami nieco zagubiona, kreśliła swoje zygzaki częstując nas od czasu do czasu łykiem adrenaliny. Wracając do punktu wyjścia dało się u niej zauważyć coraz więcej sympatii do swojego nowego podwórka. Gdy staliśmy już na kei, patrząc na zwijane żagle, stała razem z nami myśl, że fajnie jest mieć taką nową koleżankę. Pa Marita. Do następnego.

Leave a reply

Your email address will not be published.